Sail Camp Sztuka - Micro Blog - Część 7 - Dzień z życia obozowicza
Napięta jak struna lina trzeszczała. Zastanawiałem się kto pierwszy pęknie - my czy lina? Pan Krzysiek za zakończenie zajęć o szantach udowadniał nam wyższość synchronicznego ciągnięcia liny nad chaotycznym na tzw. "pałę". Rzeczywiście, gromkie "heeeeej raz" naszego nominowanego szantymena zagrzewało nas do walki z drużyną przeciwną, która ciągnęła linę w swoją stronę przy okrzykach ich szantymena. Po minucie, może dwóch żadna z drużyn nie była w stanie przeciągnąć liny na swoją połowę, natomiast ja czułem jak moje dłonie stają w płomieniach!
-"STOOOOOOP" - krzyknął Pan Krzysiek
Ufff, wszyscy rozcieraliśmy ręce piekące od szorstkiej liny.
-"I co kochani, potrzebny jest szantyment i synchro?" -zapytał nasz skiper
-"Noooo tak!"
-"Teraz było łatwiej"
-"Teraz był remis a u nich w sumie było więcej dziewczyn"
Wszyscy na raz zaczęli odpowiadać na pytanie.
-"Opłuczcie sobie dłonie w zimnej wodzie, to przestaną piec". Okej, macie teraz czas wolny do godziny 21:30, kto chce iść po zmroku z latarkami do mauzoleum posłuchać pewnej historii, zgłasza się do Staszka". Wyprawa nie jest obowiązkowa, kto nie chce, może zostać w porcie z pozostałymi sternikami. Można też się wcześniej położyć spać, poprać ciuchy, pograć w UNO, co kto chce. Cisza nocna jak zwykle o 22:00 - wtedy starajcie się już raczej być na pokładach." - komenderował Pan Krzysiek
21:30 nadeszła bardzo szybko. Staliśmy przy wejściu na keje z latarkami, roztaczając wokół nas zapach OFFa, Muggi i innych specyfików na komary.
-"No dobra, w dwuszeregu, załogami, frontem do mnie, zbiórka! "-padła komenda
-"Osiem, dziesięć, dwanaście...Piotrek, biorę dwunastkę ze mną, reszta zostaje z wami"-krzyknął Pan Krzysiek
-"Tylko żeby mogli spać potem"- zaśmiał się Pan Piotrek, machając nam z pokładu swojej Antilki.
-"W prawo zwrot, Staszek zamykasz, za mną marsz" - nasz skiper krzyknął i podbiegł na czoło naszych dwójek.
Pruską Babę, czyli restaurację w sztynorckim porcie minęliśmy po prawej stronie, oraz stojące zaraz obok foodtrucki z portugalskim (!) żarciem oraz lodami i sceną. Zaraz przed dziwnym wehikułem z gigantycznymi kołami skręciliśmy w prawo i na przełaj przez boisko do siatkówki i łąkę weszliśmy na chodnik. Zabudowania folwarczne i wypasiony hotel zostawiliśmy po prawej stronie i ruszyliśmy w kierunku pól. Za chwilę skręt w lewo w polną drogę. Wielkie bele słomy schły na polach, zapach grilla, i ogniska unosił się aż tutaj. Wieczorny chłód bijący od pól na razie przegrywał walkę z nagrzaną słońcem ziemią.
-"Panie Krzyśku, co to za historia, dlaczego tam musimy iść, daleko jeszcze, dlaczego potem możemy nie usnąć"- dopytywały się dziewczyny z naszego załogi
-"Zobaczycie, muahahhhaha" - zaśmiał się złowieszczo nasz skiper
-"Julka, Pan Krzysiek Cię wkręca, pewnie tam jakieś ruiny są czy coś. Tylko nas komary zeżrą"- odrzekłą Malwina
-"Komar też stworzenie, ma prawo do odrobiny luksusu" -powiedziałem
-"Dokładnie tak!" - zaśmiał się Pan Krzysiek
To nie było blisko, chociaż na mapie wydawało się, że to tuż za rogiem. Po około trzydziestu minutach marszu (pod koniec już w kompletnych ciemnościach, bo w lesie), Pan Krzysiek zakomenderował włączenie latarek. Przez całą drogę towarzyszyła nam muzyka z portu - kolejny koncert jakiejś grupy szantowej.
Stare, pokryte mchem krzyże, daty tysiąc osiemset..... reszta zatarta. Przed kolejnym krzyżem wąski rów, jak zapadnięty grób. Ale super klimat - pomyślałem. Nad lasem pojawił się księżyc i w jego poświacie zobaczyliśmy wieżyczkę kaplicy (?), co jeszcze bardziej zrobiło na mnie wrażenie. Nasze sikorki, jak je nazywał Pan Krzysiek, zamilkły i rozglądały się z niepokojem co i rusz świecąc swoimi latarkami w najciemniejsze zakamarki lasu.
Pan Krzysiek przysiadł na zrujnowanych schodach, podświetlił swoją twarz czerwonym światłem swojej latarki, gestem przywołał nas do siebie i ustawiliśmy się w półkolu.
Muzyka dobiegająca z portu umilkła...
-"Witajcie w mauzoleum rodziny von Lehndorff" -powiedział Pan Krzysiek, dodatkowo dla efektu obniżając głos.
Poczułem jak włoski na karku powolutku się podnoszą...
-"Posłuchajcie mojej historii, która wydarzyła się tutaj w Sztynorcie dwadzieścia lat temu, kiedy przyjechałem ze znajomymi..." - rozpoczął swoją opowieść Pan Krzysiek.
Komentarze
Prześlij komentarz